czwartek, 28 listopada 2013

001. Tartak

Stałam przed lustrem, wpatrując się w swoje odbicie.  Założyłam kosmyk włosów za ucho i wyszłam z pokoju. Po cichu zeszłam na dół, starając się nawet nie oddychać. Rodzice siedzieli w jadalni, dyskutując nad polityką. Zawsze to robili. Był to chyba jedyny temat, przy którym nie dochodziło do sporów i kłótni. Założyłam buty i otworzyłam delikatnie drzwi, gdy nagle usłyszałam za sobą szmer i czyjś oddech na moich plecach. Odwróciłam się gwałtownie. Ojciec stał nade mną i wpatrywał się zabójczym wzrokiem. Mimowolnie odsunęłam się od niego, robiąc krzywą minę.
- Wychodzę - rzuciłam, wciąż się cofając. Nic nie powiedział, wciąż stał. Kiedyś jeszcze jakoś reagował, teraz nawet nie mrugał oczami. Po śmierci mojego brata w domu wszystko się zmieniło. Nic nie miało większego znaczenia. Egzystowaliśmy, balansowaliśmy na skraju życia. Żyliśmy na świecie, ale nie dla świata. Oddaliliśmy się od siebie. Każdy z nas wpadł w wir własnego, zamkniętego na klucz otoczenia. Staliśmy się sobie obcy, choć niegdyś tak bardzo się kochaliśmy. Wypełniała mnie pustka. Nie czułam nic, bo tak było łatwiej, prościej.
Zamknęłam za sobą gwałtownie drzwi i szybkim krokiem udałam się na imprezę do starego domu. Włożyłam dłonie do kieszeni, gdzie leżała ukryta mała saszetka z białym proszkiem. Uśmiechnęłam się pod nosem, dotykając ją i miażdżąc. Słońce zaszło już za horyzont, pozostawiając świat bez koloru. Lampy uliczne świeciły słabo, jednak można było  ujrzeć drogę i przeszkody, które na niej leżały. Skręciłam w leśną uliczkę. Z oddali widziałam już kontury domu. Wbiegłam po schodach na górę do głównych drzwi. Przy wejściu stał Mick, uśmiechając się do mnie promiennie. Znaliśmy się od bardzo dawna, chyba nawet od przedszkola. Wyciągnęłam z kieszeni woreczek i położyłam go na jego otwartej dłoni. On otworzył mi drzwi i klepnął w udo. Wiedział, jak tego nienawidzę. W środku mój wzrok szukał jednej twarzy, tej, na którą tak bardzo czekałam. Jack. Tylko przy nim czułam się inaczej. Czułam cokolwiek i to się liczyło.
Tłum stawał się coraz liczniejszy, a ja wciąć nie umiałam znaleźć Jacka. Nagle ktoś mocno chwycił mnie od tyłu i przytulił.
- Spóźniłaś się - wyszeptał mi do ucha. - Znowu - dodał dobitnie, odwracając mnie do siebie. Chwycił moje ręce i pocałował w czoło. Uśmiechnęłam się szeroko i mocno do niego przytuliłam. Gdy stałam tak w jego ramionach, muzyka, która rozbrzmiewała dookoła, przestała do mnie docierać. Zaczęłam wdychać jego perfumy, które działały na mnie jak narkotyk.
- Chodź - powiedziałam, ciągnąc go za sobą. Wyszliśmy na taras. Ujęłam jego twarz w dłonie i spojrzałam w głębokie, zielone oczy. Tarcza księżyca odbijała się w nich jak od jeziora. Położył swoje dłonie na moich biodrach i przyciągnął do siebie.
- Kocham Cię - powiedział, wpatrując się we mnie uważnie. Za każdym razem, gdy wypowiadał te słowa, czułam dziwne mrowienie w żołądku. Pocałowałam delikatnie jego usta, jakby bojąc się, że mogłabym go skrzywdzić.
- Jestem już gotowa - wyrwałam, wstrzymując oddech. On tylko się zaśmiał i znów mnie pocałował.
- Nareszcie!
Ja także się zaśmiałam. Nie wiedziałam, że aż tak bardzo zależało mu, aby się ze mną scalić. Byliśmy ze sobą od ponad dwóch lat, a on nigdy o tym nie wspominał. Nie chciał być nachalny, ale widziałam, że naprawdę sprawiło mu to radość. Nagle jego mina zrzedła. Zaczął rozglądać się dookoła, zdenerwowany.
- Co się dzieje? - spytałam, podchodząc do niego. Położyłam rękę na jego ramieniu i starałam się go zatrzymać, aby nie chodził po tarasie jak oszalały.
- Przecież nie mogę Cię tu zacząć rozbierać - powiedział przez zęby, wkładając dłonie do kieszeni spodni. Wyglądał co najmniej zabawnie. Jak małe dziecko, któremu odebrało się lizaka lub co gorsza, przyjemność z jego spożywania.
Westchnęłam. Po chwili jednak przypomniałam sobie o starym tartaku niedaleko domu. Klasnęłam w dłonie i nieśpiesznie udałam się w tamtym kierunku. Jack nie wiedział, o co chodzi. Potrząsnął głową i poszedł za mną, zdezorientowany.
- Gdzie idziemy? - spytał, chyba wciąż się nie domyślając. Odwróciłam głowę w jego stronę i uniosłam brwi.
- A, rozumiem - zachichotał, chwytając moją rękę.
Już po chwili znaleźliśmy się w tartaku. Jack nie próżnował. Od razu zdjął ze mnie bluzkę i przyparł mnie mocno do ściany. Najpierw zaczął całować moją szyję, później zjeżdżał niżej i niżej. Gdy zaczął rozpinać moje spodnie, usłyszeliśmy huk. Oboje podskoczyliśmy, wystraszeni. Podeszliśmy do barierki, z której widać było cały plac. Na środku stało trzech mężczyzn. Rozmawiali ze sobą głośno, jednak nie na tyle, abyśmy usłyszeli i zrozumieli sens ich wypowiedzi. Po chwili pojawił się czwarty mężczyzna, ciągnąć za sobą za włosy kobietę. Była prawdopodobnie martwa. Jej ciało pokryte było we krwi. Nie wydawała z siebie żadnych oznak życia. Nie krzyczała, nie kopała, nie błagała o litość. Mężczyzna puścił jej włosy, a głowa uderzyła o ziemię, robiąc przy tym okropny hałas. Echo rozeszło się po całej hali. Przez moment było cicho, słyszałam tylko bicie własnego serca. Spoglądałam na ciało martwej kobiety. Trzęsłam się niemiłosiernie. Jack wstał, ja jednak nie potrafiłam się ruszyć. Strach mnie sparaliżował.
- Musimy wiać - wyszeptał, chwytając mnie za łokcie i starając się podnieść. Na halę wprowadzono nową osobę. Był to mężczyzna. Miał związane ręce i nogi. Biedak nie mógł się ruszać, wił się tylko na ziemi jak robak.
- Proszę! - usłyszałam jego krzyk. Widziałam, że zaczął płakać. Jego lament, tak samo jak huk uderzającej głowy o ziemię, rozniósł się po całym tartaku. Łzy zaczęły zbierać się w moich oczach. W końcu wstałam, podchodząc bliżej barierek. Jack starał się mnie odciągnąć, jednak na próżno. Jak zahipnotyzowana stałam, wpatrując się w tą całą scenę.
Jeden z mężczyzn wyciągnął broń zza pazuchy i wycelował w głowę ofiary.
- Proszę! Nie! - błagał, spuszczając głowę.
Nie było słychać odpowiedzi ani nawet wyzwiska, tylko strzał. Głuchy strzał. Ciało mężczyzny opadło bezwładnie. Jęknęłam, zakrywając momentalnie usta dłońmi. Wstrzymałam oddech, ale wiedziałam, że już jest za późno. Zobaczyli nas. Wszyscy zwrócili głowy w naszą stronę.
- Chodź! - krzyknął Jack, biegnąć w stronę drzwi. Zrobiłam to samo, błagając Boga, aby nie potknąć się o własne stopy.

Prolog

Constance Flynn wciąż ubolewa po stracie brata. Nie zdążyła się dobrze otrząsnąć po jego samobójstwie, a wokół niej znów pojawia się śmierć, zabierając jej wszystko, co ma. Dziewczyna staje się świadkiem zbrodni, która na zawsze zostawia na niej piętno. Czy Connie uda się wrócić do normalnego życia? Czy przyzwyczai się do sytuacji, w której się znajduję? Czy znów będzie mogła coś czuć?