Biegłam ile sił, nie odwracając się za siebie. Chociaż był
koniec lata, noce były już naprawdę chłodne. Bez bluzki miałam dreszcze. Obróciłam
się za siebie. Ujrzałam dwóch mężczyzn wybiegających z bocznych drzwi tartaku.
W rękach trzymali bronie, skierowane w nasze strony. Przyspieszyłam, starając
się dogonić Jacka, który wbiegał już po schodach do starego domu. Nagle
poczułam dziwny skurcz w klatce piersiowej.
Coraz trudniej było mi złapać oddech.
- Ludzie, gdzie wyście poszli?! - usłyszałam głos Aarona.
Nikt za nami już nie biegł, byliśmy bezpieczni. Upadłam na
ziemię, tracąc kontrolę nad swoim ciałem. Trzęsłam się ze strachu i zimna. Jack
podbiegł do mnie i objął mocno. Zdjął swoją bluzkę i założył na mnie.
- Wszystko okej? - spytał Aaron, podchodząc do nas bliżej.
Spojrzałam na Jacka. Gryzł się, jaką powinien podać odpowiedź.
- Wszystko dobrze, wracaj na imprezę. Odprowadzę Connie do
domu, trochę źle się poczuła.
Chłopak uśmiechnął się do nas i odwrócił na pięcie.
Położyłam twarz na klatce Jacka i oddychałam głęboko. Ustabilizował mi się
oddech i tętno. Jeszcze przez chwilę tak siedzieliśmy, nic nie mówiąc.
- Najlepiej będzie, jeśli nikomu nic o tym nie będziemy
mówić.
Podniosłam wzrok, zaskoczona.
- Jack, widziałeś śmierć mężczyzny i ciało zamordowanej
kobiety. Jak możemy siedzieć cicho?! Przecież oni znowu mogą kogoś zabić.
- Tak, mogą zabić nas, jeśli tylko dowiedzą się, kim
jesteśmy i kto na nich naniósł. Najlepiej się nie wtrącać. To pewnie jakaś
mafia, a do takich nie warto podskakiwać. Nie chcę, żeby coś ci się stało.
Ujął moją twarz w dłonie i pocałował czubek nosa. Uśmiechnęłam
się delikatnie i wstaliśmy.
Wciąż momentami
przechodziły mnie dreszcze. Rozglądałam się dookoła, aby mieć pewność, że nikt
nas nie śledzi. Trzymaliśmy się za ręce ani na chwilę nie puszczając. Gdy
doszliśmy do mojego domu, pocałowaliśmy się delikatnie na pożegnanie.
- Uważaj na siebie - wyszeptałam, lekko dotykając wargami
jego ucha. On tylko zachichotał, jak to miał w zwyczaju. Często to robił, nawet,
gdy nie powinien.
- Przyjdę jutro. Ugotujemy coś razem.
- Kocham cię - raz jeszcze mocno się do niego przytuliłam.
Widziałam, jak niespiesznie odchodzi, machając mi przez cały czas. Dopiero po
chwili, gdy zniknął mi z pola widzenia, przypomniałam sobie, że mam ubraną jego
bluzkę. Uśmiechnęłam się sama do siebie i zaczęłam wdychać jej zapach. Zapach
Jacka. Zanim weszłam do domu, znów rozejrzałam się dokoła. Miałam dziwne
przeczucie, że to nie był ostatni raz, kiedy widziałam tych mężczyzn. Mężczyznę
z warkoczem.