Słońce zaszło za horyzont, ustępując miejsca mrokowi. Pochłonął on wszystko, nie zostawiając nawet maleńkiej, jasnej plamki. Na niebie nie było widać gwiazd ani srebrnej tarczy księżyca. Szliśmy po ciemku, powoli, uważając, aby przypadkiem o coś się nie potknąć. Lamp ulicznych nie było prawie w ogóle, a jeśli były, świeciły bardzo lichym światłem. Przez całą drogę do domu trzymałam Jacka za rękę, nie pozwalając mu jej wyciągnąć z mojego uścisku.
- Przez cały wieczór prawie w ogóle się nie odzywałaś - powiedział nagle. Byłam wręcz pewna, że mi się przygląda. - To nie podobne do ciebie.
- Przepraszam - odpowiedziałam. Wiedziałam, że oczekiwał wyjaśnień, jakichkolwiek. Przez krótką chwilę zastanawiałam się, czy w ogóle poruszać ten temat.
- Wydawało mi się dzisiaj, że widziałam jednego z mężczyzn, którzy byli wczoraj w tartaku - rzekłam cicho, niemal szeptem. Nie byłam pewna, czy mnie usłyszał.
Zatrzymał się.
- Co ty wygadujesz? - spytał. Po tonie jego głosu mogłam wywnioskować, że się zdenerwował. - Nie, przestań. Na pewno ci się tylko wydawało. Było ciemno, nie mogłaś przecież zobaczyć ich twarzy.
- Nie widziałam - znów ruszyłam przed siebie, puszczając jego rękę i wkładając swoje do kieszeni spodni. - Ale zapamiętałam wyraziste kości twarzy i długi warkocz.
Jack parsknął śmiechem. Nie uwierzył mi, a przynajmniej nie chciał. Nie dziwiłam mu się. Sama wolałabym z chęcią o tym zapomnieć i nigdy więcej nie wracać do tamtej nocy. Przeszliśmy prze furtkę i weszliśmy na podwórko.
- Przywitam się z twoimi rodzicami - powiedział, otwierając frontowe drzwi. Szybkim ruchem zamknęłam je z powrotem i zaczęłam przyglądać się jego twarzy.
- A co jeśli zrobiliśmy źle, nie mówiąc nikomu o tym, co tam się wydarzyło? W tartaku?
Teraz, gdy światło sprzed domu oświetlało nasze twarze, mogłam zobaczyć jego reakcję. Sam się nad tym zastanawiał, ale nie odpowiedział na moje pytanie. Otworzył delikatnie drzwi i wepchnął mnie do środka.
Coś było nie tak. Narzędzia robotników w kuchni wciąż leżały, a miało ich przecież już dawno nie być. Paliły się tylko neonówki na suficie w salonie i na schodach. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów w domu rozbrzmiewała jakakolwiek muzyka. Cichutka, jazzowa melodia. Moja ulubiona.
- Gdzie są twoi rodzice? - spytał Jack.
- Dobre pytanie - odpowiedziałam, rozglądając się dookoła.
Gdyby nie to, że właśnie skończył się kolejny utwór, nie usłyszałabym cichutkiego jęknięcia dochodzącego z góry. Zdjęłam buty i jak najciszej starałam się wejść na górze. Było tam jeszcze ciemniej, niż na dole. Nie widziałam nic oprócz kontur drzwi. Nagle zapaliły się wszystkie światła. Było tak jasno i biało, że na chwilę musiałam przymknąć powieki, gdyż moje oczy nie były przyzwyczajone do takiej jasności. Widok, który ujrzałam po otworzeniu oczu, przeraził mnie do szpiku kości. Zaczęłam krzyczeć. Jack od razu wbiegł na górę, wołając przy tym moje imię.
Mój tata leżał przy ścianie, wykrwawiony. Prawdopodobnie nie żył już od dobrych dwóch godzin. Jego oczodoły były puste, usta zaszyte grubą nicą, ręce miał związane wraz z nogami. Miał podcięte żyły w łydkach. Ktoś, kto to zrobił, wiedział dokładnie, gdzie musi włożyć nóż. Jego śmierć była szybka, przynajmniej miałam taką nadzieję. Upadłam przy nim, wpadając w zaschniętą już prawie kałużę krwi. Od momentu samobójstwa Boba nie przypominam sobie, abym tak bardzo płakała. Byłam wstrząśnięta. Poczułam dłonie Jacka na swoich ramionach. Podniósł mnie powoli, stawiając na ziemi i przytrzymując, abym nie upadła.
Światło znów zgasło. Nie wiedziałam, co się dzieje. Okropnie się trzęsłam i nie potrafiłam powstrzymać łkania. Usłyszałam czyjeś kroki na schodach. Jack chwycił mnie mocniej i poprowadził do przodu jak najdalej tych odgłosów. Wydawał się być nadzwyczaj opanowany. Wyszeptał mi do ucha, że obojętnie co się stanie, mam się nie ruszać z miejsca. Pięć sekund jasności. Jack pchnął mnie na ścianę i wybiegł przed siebie. Gdy zrobiło się znów ciemno mogłam tylko polegać na swoich uszach. Miałam perfekcyjny słuch, jednak teraz mnie zawodził. Z każdą chwilą coraz mniej słyszałam, ciało stawało się nieposłuszne. Nie potrafiłam oddychać. Znów zaczęłam płakać. Kolejne pięć sekund jasności i strzał. Głuchy strzał, który odbijał się echem w moich uszach. Sytuacja wyglądała podobnie jak ta wczorajsza w tartaku. Jack upadł na ziemię, uderzając głową o posadzkę. Słychać było dziwny dźwięk łamiącej się kości.
- Nie! - krzyknęłam, podrywając się z podłogi. Na oślep pobiegłam przed siebie, uderzając w kogoś z całej siły. Przez chwilę miotałam się, szarpałam i biłam, jednak wiedziałam, że robię to na próżno. Mężczyzna, który mnie trzymał, był ode mnie kilkanaście razy silniejszy. Poczułam ostry ból w klatce piersiowej. Igła, która została we mnie wepchnięta, mogła mieć nawet osiem centymetrów. Momentalnie poczułam się senna.
- Jack - wyszeptałam i zasnęłam, ściskając najpierw jego dłoń.
środa, 26 lutego 2014
poniedziałek, 17 lutego 2014
003. Mężczyzna z warkoczem
Przybita do ściany
wydawała się leżeć wygodnie na łóżku. Miała rozłożone ręce, nogi zwisające
bezwładnie, głowę opartą o lewe ramię. Wyglądała jakby śniła. Jednak, gdyby
przyjrzeć się bliżej, można by zauważyć kilka niuansów. Krew ściekającą po jej
chudych rękach i ciele, czoło spocone od tortur i wysokiej temperatury pomieszczenia.
Płytki i nierównomierny oddech, lekko otwarte powieki, wciąż czuwające. Connie od
kilku dni była przetrzymywana w piwnicy starego domu, który musiał być gdzieś
niedaleko bagna. Constance odwróciła
głowę w stronę metalowych drzwi, gdy tylko usłyszała dźwięk ich otwierania. Znów
przyszedł, nie pozwalając jej nawet wypocząć. Tym razem w dłoniach trzymał tylko
sznur i maleńki scyzoryk. W jej oku wezbrała się łza, która spłynęła powoli po jej policzku, mieszając się z potem i brudem, który na sobie nosiła. Mężczyzna podszedł bliżej, wchodząc w snop
światła i ukazując jej kolejny raz swoją twarz. Brązowy warkocz kończył się na jego
ramieniu, duże, popękane usta wykrzywiły się w złowrogim uśmiechu, a czarne jak węgiel oczy robiły z
niego jeszcze większego potwora. Chwycił jej podbródek i uniósł lekko
twarz. Zrobił to niewiarygodnie delikatnie, co było wręcz abstrakcyjne w porównaniu do jego
poprzednich poczynań. Spojrzał jej prosto w oczy i wyszeptał cicho: "Miałaś zapomnieć".
Obudziłam się z krzykiem. Usiadłam na łóżku i włożyłam twarz
w dłonie. Przeczesałam palcami włosy i znów się położyłam. Westchnęłam ciężko i
zamknęłam oczy. Nie potrafiłam jednak zasnąć. Nie wiem jak długo mogłam tak
leżeć bez ruchu. Dwie, może trzy godziny. Raz otwierałam powieki, za chwilę
znów je zamykałam, gdy czułam, że robią się coraz bardziej suche. Bałam się, że
gdy znów zasnę, powrócę do tej zatęchłej piwnicy i mężczyzny z warkoczem. Jednej nocy ten sam sen śnił mi się trzy razy. Trzy razy przechodziłam przez wszystkie tortury, przez jego wszystkie gry. Trzy razy widziałam jego twarz i słyszałam niski głos. Trzy razy budziłam się z krzykiem .
- Cholerna lodówka! - usłyszałam rankiem, gdy zeszłam na dół. Mama siedziała przy barku, popijając mlekiem bułkę z miodem, w ogóle nie przejmując się zepsutą lodówką. Ojciec wisiał na drzwiczkach lodówki i klął pod nosem. Zawiązałam sznurek z szlafroka i usiadłam obok mamy. Spojrzała na mnie badawczo, jednak o nic nie pytała. Szybko odwróciła wzrok i zajęła się dokańczaniem śniadania. Przyzwyczaiłam się do braku zainteresowania rodziców moją osobą. Tak było nawet lepiej. Nigdy nie musiałam się z niczego spowiadać ani tłumaczyć.
- Znów musimy zadzwonić po ekipę naprawczą - powiedział tata, zamykając lodówkę i podchodząc do barku.
- Znasz numer Andy - odpowiedziała szybko mama, spoglądając na niego spode łba. Wstała i bez słowa wyszła do sypialni. Słyszałam, jak tata cicho westchnął. Przetarł ręką kilka razy czoło i chwycił za telefon. Musnął moje ramie i wyszedł na taras. Odwróciłam głowę i patrzyłam, jak znika mi z pola widzenia. Po chwili zdałam sobie sprawę, że wcale nie jestem głodna. Zeszłam na dół tylko po to, aby nie być sama, żeby chociaż z nimi posiedzieć, nie musieliśmy rozmawiać. Jednak jak zawsze każdy udał się do swojego kącika, bezpiecznego azylu w tym wielkim i pustym domu. Kolejny kawałek mnie się oderwał, podryfował do czarnej dziury. Czułam się mniejsza i bardziej samotna niż zwykle. Marzyłam teraz tylko o tym, aby jak najszybciej wydostać się z tych trujących czterech ścian.
Stałam na schodach i czekając na przyjście Jacka, obserwowałam mechaników. Rośli mężczyźni szybko uwijali się z pracą. Dwóch kolejnych weszło z jakimś dużym pudełkiem. Za nimi szedł prawdopodobnie kierownik. Miał ubrane zwykłe jeansy, koszulkę z Jankesów i czapkę, spod której wystawał jego długi warkocz. Warkocz. Długi warkocz. Wybałuszyłam szeroko oczy, jakbym się czymś zakrztusiła.
- Przepraszam, jak długo jeszcze panom to zajmie? - rzuciłam pod pretekstem, aby zobaczyć jego twarz. Wiem, że nigdy bym jej nie zapomniała. Mężczyzna z warkoczem jako pierwszy wybiegł za nami, był najbliżej mnie. Bez problemu mogłam ujrzeć kontury jego twarzy.
Zamarłam.
- Proszę nam dać jeszcze godzinę.
Miał zimne oczy, bez wyrazu. Teraz dopiero zauważyłam, że nie są one czarne jak węgiel, a błękitne jak letnie niebo. Koligowało to z moim wcześniejszym wyobrażeniem. Czarne oczy lepiej wyglądały w mojej głowie z profilem mordercy, niżeli błękitne. Chociaż takie piękne, były puste. Wrogie.
- Oczywiście - powiedziałam, jąkając się. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę wejściowych drzwi. Starałam się iść wolno, jednak nie potrafiłam zapanować nad nogami. Bałam się, że nagle mnie zatrzyma i rozpozna we mnie dziewczynę z tartaku. A co jeśli już to zrobił?
Otworzyłam drzwi i wpadłam na Jacka. Uśmiechał się szeroko, a w ręku trzymał bukiet tulipanów.
- Stało się coś? - spytał nagle, widząc wyraz mojej twarzy.
- Mamy zepsutą lodówkę. W domu jest pełno elektryków i nie damy rady niczego dzisiaj ugotować - odpowiedziałam wymijająco, wysilając się na szczery uśmiech. - Może pójdziemy zjeść na mieście? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Dla ciebie wszystko - powiedział, całując mój policzek. Odłożył kwiatki na murek i chwycił mnie za spoconą dłoń.
- Znów musimy zadzwonić po ekipę naprawczą - powiedział tata, zamykając lodówkę i podchodząc do barku.
- Znasz numer Andy - odpowiedziała szybko mama, spoglądając na niego spode łba. Wstała i bez słowa wyszła do sypialni. Słyszałam, jak tata cicho westchnął. Przetarł ręką kilka razy czoło i chwycił za telefon. Musnął moje ramie i wyszedł na taras. Odwróciłam głowę i patrzyłam, jak znika mi z pola widzenia. Po chwili zdałam sobie sprawę, że wcale nie jestem głodna. Zeszłam na dół tylko po to, aby nie być sama, żeby chociaż z nimi posiedzieć, nie musieliśmy rozmawiać. Jednak jak zawsze każdy udał się do swojego kącika, bezpiecznego azylu w tym wielkim i pustym domu. Kolejny kawałek mnie się oderwał, podryfował do czarnej dziury. Czułam się mniejsza i bardziej samotna niż zwykle. Marzyłam teraz tylko o tym, aby jak najszybciej wydostać się z tych trujących czterech ścian.
Stałam na schodach i czekając na przyjście Jacka, obserwowałam mechaników. Rośli mężczyźni szybko uwijali się z pracą. Dwóch kolejnych weszło z jakimś dużym pudełkiem. Za nimi szedł prawdopodobnie kierownik. Miał ubrane zwykłe jeansy, koszulkę z Jankesów i czapkę, spod której wystawał jego długi warkocz. Warkocz. Długi warkocz. Wybałuszyłam szeroko oczy, jakbym się czymś zakrztusiła.
- Przepraszam, jak długo jeszcze panom to zajmie? - rzuciłam pod pretekstem, aby zobaczyć jego twarz. Wiem, że nigdy bym jej nie zapomniała. Mężczyzna z warkoczem jako pierwszy wybiegł za nami, był najbliżej mnie. Bez problemu mogłam ujrzeć kontury jego twarzy.
Zamarłam.
- Proszę nam dać jeszcze godzinę.
Miał zimne oczy, bez wyrazu. Teraz dopiero zauważyłam, że nie są one czarne jak węgiel, a błękitne jak letnie niebo. Koligowało to z moim wcześniejszym wyobrażeniem. Czarne oczy lepiej wyglądały w mojej głowie z profilem mordercy, niżeli błękitne. Chociaż takie piękne, były puste. Wrogie.
- Oczywiście - powiedziałam, jąkając się. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę wejściowych drzwi. Starałam się iść wolno, jednak nie potrafiłam zapanować nad nogami. Bałam się, że nagle mnie zatrzyma i rozpozna we mnie dziewczynę z tartaku. A co jeśli już to zrobił?
Otworzyłam drzwi i wpadłam na Jacka. Uśmiechał się szeroko, a w ręku trzymał bukiet tulipanów.
- Stało się coś? - spytał nagle, widząc wyraz mojej twarzy.
- Mamy zepsutą lodówkę. W domu jest pełno elektryków i nie damy rady niczego dzisiaj ugotować - odpowiedziałam wymijająco, wysilając się na szczery uśmiech. - Może pójdziemy zjeść na mieście? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Dla ciebie wszystko - powiedział, całując mój policzek. Odłożył kwiatki na murek i chwycił mnie za spoconą dłoń.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)