środa, 12 marca 2014

005. Mary Cerber

Obudził mnie ostry zapach. Gdy otworzyłam powieki widziałam kilka jasnych plam. Dopiero po chwili zaczęłam widzieć wyraźniejsze kontury i słyszeć rozmowy ludzi. Ludzie. Wstałam i zaczęłam rozglądać się dookoła. Wokoło chodziło pełno policjantów, jedni zabezpieczali teren, drudzy chodzili dookoła i rozmawiali ze sobą, trzeci stali przy wejściu i rozmawiali z sąsiadami. Nie byłam pewna czy wiem, co się dzieje. Prawdopodobnie dostałam leki uspokajające lub jeszcze coś mocniejszego. Już się nie trzęsłam. Przeczesałam palcami włosy i zauważyłam, że widnieją na nich zaschnięte plamy krwi. Nagle ktoś wpadł na mnie, szybko przeprosił i poszedł dalej. Nikt mnie nie zauważał, jakbym była tylko powietrzem. Nie podchodzono do mnie, nie tłumaczono i nie pytano. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że może unikają mnie celowo. Byłam w za dużym szoku, aby odpowiedzieć na cokolwiek sensownie i logicznie.  W takim stanie wcale bym im nie pomogła. Oparłam się plecami o ścianę, zjechałam powoli na ziemię i włożyłam głowę między nogi. Czułam, że leki przestają działać, a ból powoli nadchodzi. Łzy wezbrały się w moich oczach, dlatego zaczęłam szybko mrugać w obawie, że mogą spłynąć na policzki. Starałam się nie myśleć o niczym, jednak było to trudniejsze niż sobie wyobrażałam. Objęłam rękami nogi i przyciągnęłam je jeszcze bardziej do siebie. Zamknęłam oczy.
Ściany sali przesłuchań były z czarnego grafitu, stół i krzesła nowoczesne i bardzo niewygodne. Siedziałam okryta kocem i czekałam, aż ktoś wreszcie do mnie przyjdzie. Podniosłam głowę i spojrzałam przed siebie. Dobrze wiedziałam, że lustro, w którym się właśnie widziałam, rzeczywiście nie było prawdziwym lustrem. Drzwi otwarły się powoli, do sali weszła starsza kobieta. Nie była w stroju oficera, miała na sobie zwykła koszulę, żakiet i spódnicę.
- Witam, nazywam się kapitan Mary Cerber - zaczęła. Miała bardzo ciepły głos. Jego barwa pozwoliła mi się rozluźnić. Chciałam, żeby mówiła coś więcej.
Usiadła naprzeciwko mnie i położyła ręce na stole. W jednej z nich trzymała białą teczkę. Otworzyła ją i zaczęła czytać, nie przejmując się moją obecnością.
- Nazywasz się Constance Flynn, tak?
Pokiwałam głową. Nie byłam w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa.
- Urodziłaś się 13 kwietnia 1997 roku w Chicago. Rodzice to Andrew i Rosalia Flynn...
- Byli - wyszeptałam, spuszczając głowę.
Mogłam wyczuć jej wzrok na sobie. Bałam się jednak podnieść głowę i spojrzeć jej prosto w oczy.
- Bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało. Naprawdę, jednak muszę się ciebie zapytać, czy jesteś w stanie opowiedzieć mi dokładnie co się tam wydarzyło?
Nie poruszając się choćby na chwilę opowiedziałam jej całe zajście.
- Czy Jack zmarł szybko? - spytałam nagle, podnosząc wzrok.
- I ona, i twój tata.
Zaczęłam się trząść. Okryłam się szczelniej kocem i przygryzłam lekko dolną wargę.
- A co z mamą?
- Nie znaleźliśmy jej. Jesteśmy prawie pewni, że ci, którzy zabili twojego tatę i Jacka zabrali ją ze sobą, nie wiemy tylko po co i czy jest jeszcze żywa.
Miałam dość jak na jeden raz. Byłam zmęczona i poddenerwowana. Chciałam wrócić do domu.
- Mogę wrócić do domu? - spytałam z nadzieją w głosie.
Mary tylko pokręciła głową. Splotła dłonie i poprawiła się w krześle.
- Na razie musisz być pod ścisłym nadzorem. Nie masz żadnej bliskiej osoby mieszkającej gdzieś w pobliżu, więc będziesz musiała zamieszkać w hotelu pod nadzorem policjanta.
Wstała i bez słowa skierowała się w stronę wyjścia.
- Nie - powiedziałam nagle, nawet się nad tym nie zastanawiając. - Nie będę mieszkać w hotelu. Nie.
Pani detektyw obróciła się na pięcie i spojrzała na mnie mrużąc oczy.
- Zostaje ci jeszcze jedna możliwość. Możesz zamieszkać z jednym z oficerów, jednak wydaje mi się, że wizja pozostania w hotelu jest dla ciebie lepsza.
- Mogę zamieszkać z panią - odparłam, czując się o niebo lepiej. Strach przed samotnością nagle minął. Odrzuciłam na bok myśli o rodzicach i Jacku, o krwi i bólu. Po prostu przestałam o nich myśleć chociaż na ten jeden moment. Wolałam skupić się na niej, na Mary.
Detektyw stała zszokowana.
- To raczej nie będzie możliwe.
- W takim razie będę spać tutaj, na ziemi w kącie.
Było widać, że bardzo ją zaskoczyłam. Pewnie spodziewała się, że będę zgodna na wszystko i nie będę mieć z niczym problemu, że będę opłakiwać stratę najbliższych. Ja zachowywałam się wręcz przeciwnie. Odrzucałam od siebie perspektywę bólu, zastępując ją tym, co było pod ręką.
- Zobaczę, co da się zrobić. Może ktoś inny weźmie cię pod swoje skrzydła.
Szybko wyszła, abym nie mogła jej zatrzymać już niczym innym.
Apartament znajdował się prawie na najwyższym piętrze w ogromnym budynku. Mary otworzyła drzwi i wpuściła mnie do środka. Widać było, że nie jest zadowolona z tego, że musi mnie niańczyć i być moim opiekunem, jednak chyba nie miała wyjścia. Oprowadziła mnie po mieszkaniu i pokazała mój pokój.
- Czyj to był pokój wcześniej?
- Mojej córki. Po jej wyprowadzce pokój został nieruszony, nic w nim nie zmieniałam.
Nie był zły. Z mebli pozostało tylko łóżko, biurko i pozioma szafa. Ściany były bordowe, bez żadnych obrazów ani malowideł. Pusto.
- Dziękuje.
Uśmiechnęła się do mnie i wyszła, zostawiając przy drzwiach moją walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami. Podeszłam do okna. Otworzyłam je na oścież i usiadłam na parapecie. Chciałam pooddychać prawdziwym powietrzem, poczuć ciepłe promienie słońca. Wyłączyłam się. Od wszystkiego.
*Oh my God I see how everything is torn in the river deep*
*And I don't know why I go the way*