Każda pobudka wymagała ode mnie niewyobrażalnego wysiłku.
Przez trzydzieści sześć dni nie wyszłam z mieszkania, poziom mojego apetytu
obniżył się do zera, a podkrążone doły pod oczami miały już kolor starej śliwki.
Wyglądałam marnie, może nawet i gorzej Gdyby ktoś znalazł mnie śpiącą
na ulicy, mógłby pomyśleć, że jestem martwa. W pewnym sensie tak się czułam,
jakbym była martwa w środku. Mary przestała starać się wyciągać mnie z łóżka,
bo wiedziała, że i tak na nic się to zda. Z psychologiem rozmawiałam raz, przez
szparę w uchylonych drzwiach. Widziałam, że się starał, jednak ja nie byłam
zbytnio skora do współpracy. Zadawałam sobie mnóstwo pytań. Najczęściej
napływały one w nocy, gdy już prawie wyłączyłam swój mózg i ułożyłam się do
snu. Jednym z nich, na które nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi, brzmiało:
"Dlaczego zaatakował moją rodzinę, osoby, na których mi zależało, a nie
zabił po prostu mnie?". Bolał mnie fakt, że dwie osoby bliskie
mojego sercu zostały bestialsko zamordowane, a jedna została porwana i ślad po
niej zaginął. Czułam się okropnie. Chciałam się gdzieś ukryć. Jak kot zwinąć w
kłębek i czekać na wieczny sen.
W poszczerbionym przeze mnie
kubku dymiła się herbata, a ja patrzyłam na nią jak zaczarowana. Po
chwili pochyliłam się delikatnie i zaczęłam wdychać jej malinowo-cytrynowy
zapach. Mary krzątała się po kuchni jeszcze w samym szlafroku, nie zwracając na
mnie najmniejszej uwagi. Ugryzła następny kawałek bułki i dopiła swoją kawę.
Robiła tak codziennie, w każdy dzień tygodnia oprócz niedzieli. Wtedy jadła
płatki i piła sok pomarańczowy.
- Szlag - mruknęła, spoglądając na zegar ścienny. Wybiegła
do swojej sypialni jak oparzona, o mało co nie strącając wazonu ze stolika przy
wejściu. Mary miałaby duże mieszkanie, gdyby tylko wyniosła z niego wszystko, co
niepotrzebne. Połowa rzeczy, które się tam znajdowały, powinny być już dawno w
muzeum albo przynajmniej w koszu. Ona jednak pracowała, nie miała czasu kupić
sobie nowej koszuli, a co dopiero odgruzować dom. Widziałam, jak biegała
zabiegana przez cały czas, odbierała telefony o trzeciej w nocy i nie spała po
nocach, byleby rozwikłać jakąś sprawę. Na jej ścianach nie widziałam żadnych
rodzinnych zdjęć, właściwie, nie widziałam żadnych zdjęć. Nie poznałam nikogo z
jej otoczenia, koleżanek ani córki. Tak, jakby była ona całkiem sama, jak ja.
- Muszę już iść do pracy! - krzyknęła przy drzwiach,
ubierając buty. - Przesłuchujemy dzisiaj jednego z pracowników Johna Randlera.
- Tego mężczyzny, który został zamordowany w tartaku? -
spytałam, bardziej ożywiona.
Mary chyba to zauważyła. Sama nie wiedziała, czy się
uśmiechnąć, czy może jednak zrobić poważną minę.
- Tak - odpowiedziała na wychodne, szybko się odwracając.
Chwyciła torebkę, pomachała mi i szybko wyszła. Najwidoczniej nie chciała mi
mówić nic o śledztwie. Z tego co wiedziałam, a wiedziałam niewiele, policja nie
znalazła nic, co mogłoby pomóc w odnalezieniu mojej mamy, a oto w tym momencie chodziło
mi najbardziej. Nie znaleźli nikogo odpowiedzialnego za to, co stało się w moim
domu czy tartaku. Widziałam to po twarzy Mary, że policja była tak samo
bezsilna jak ja.
- Jak się pan nazywa?
- Arthur Osmann - odpowiedział niskim barytonem przesłuchiwany.
Mary spoglądała na niego badawczym wzrokiem, jednak w głębi duszy wiedziała, że
i tak niczego nowego się nie dowie.
- Jak długo pracował pan dla pana Randlera?
- Od samego początku założenia jego firmy.
- Czy zachowywał się on inaczej kilka dni przed morderstwem?
Osmann otworzył usta, jednak po chwili je zamknął. Spojrzał
na Mary, następnie w kąt pokoju, gdzie znajdowała się jedna z kamer.
- Zachowywał się dziwnie już rok przed morderstwem.
- Może mi pan opowiedzieć jego zachowania?
- Był po prostu... inny. Nie tylko pracowałem dla niego, ale
byłem także jego przyjacielem. Coś zaczęło się dziać, przestał mi mówić o wielu
rzeczach, zaniedbywał obowiązki domowe, często gdzieś wyjeżdżał. Stał się dla
mnie obcym człowiekiem.
- Jego żona została zamordowana w tę samą noc. Czy ona także
miała coś z tym wspólnego? - spytał nagle porucznik, siedzący po prawej stronie
Mary.
- Nie sądzę. Ashley była kurą domową, nigdy w życiu nie
pracowała, nie skończyła nawet studiów. Zawsze trochę dziwiłem się Johnowi,
dlaczego w ogóle z nią był. Nie była nawet ładna.
Pięcioro policjantów siedziało w głównej sali i przeglądało
wszystkie akta, jakie zdążyli zebrać przez ponad miesiąc.
- Może Andrew Flynn w jakiś sposób z nimi współpracował... -
podrzucił jeden z mężczyzn, siedzący w pokoju przesłuchań obok Mary. - W jakiś sposób to wszystko musi być powiązane. On był inżynierem
materiałowym, mógł produkować dla nich jakieś materiały, pracować z nimi na
czarno, Bóg wie co.
- Co ma inżynieria do medycyny? - spytał nagle kolejny
porucznik, trzymający w dłoni ołówek. Wstał i zaczął chodzić po pokoju.
- Może nic - odpowiedział kolejny mężczyzna, tym razem nie
mundurowy, a kamerzysta i informatyk. - A może jednak ma i to dużo. Flynn w
swojej firmie nie tylko zajmował się zwykłymi zleceniami, ale także specjalnymi,
w większości tymi, za które płaciło się gotówką. Tak powiedział jego szef.
Mówił, że był najlepszy w swoim fachu i każdy chciał go mieć.
- Masz rację - powiedziała Mary, spoglądając na niego
żywiej. - Produkował nie tylko maszyny, ale i materiały oraz substancje.
Wstała z krzesła i zaczęła grzebać w teczce z dokumentami
Andy'ego. Po chwili wyciągnęła z niej jakiś świstek papieru i położyła go na
stół.
- Przez dwa lata uczęszczał do szkoły medycznej z profilem
biochemiczno-fizycznym. Skoro był taki dobry w swoim zawodzie, prawdopodobnie
Randler poprosił go o pomoc. Coś poszło nie tak i klienci zabili ich obu.
- A niewinne ofiary przytoczyły się same - odpowiedział
Carl, drugi porucznik.
- Szkoda, że nie wiemy tylko, w jaką sprawę był zaangażowany
- dodał Steven, trzeci porucznik.
- Przeszukiwaliśmy jego dom i biuro tysiąc razy - powiedział
Carl, siadając na kancie biurka i wzdychając ciężko. Wszyscy byli już zmęczeni
i coraz bardziej tracili jakiekolwiek nadzieje na rozwikłanie tej sprawy. -
John najwidoczniej nie miał żadnych bliskich przyjaciół, którym mógłby
powiedzieć jakiś sekret. Cholera.
- Ale to dziwne, że żaden z jego współpracowników i
pracowników nic nie wiedział o Flynnie. Gdyby z nimi współpracował, pewnie ktoś
by coś wiedział... - powiedział Tom, kamerzysta.
Mary podeszła do okna i przez krótką chwilę wpatrywała się w
ruchliwe drogi i ludzi chodzących po chodnikach, z takiej odległości
wyglądających jak małe mrówki.
- Jeden z jego pracowników kilka dni temu powiedział, że w
wolne dni wyjeżdżali z żoną do Detroit, gdzie mieli drugi dom, odziedziczony po
rodzicach jego żony - powiedziała, odwracając się do nich.
Wszyscy spojrzeli na nią lekko zaciekawieni, choć nie do
końca wiedzieli, do czego zmierza.
- Musimy sprawdzić
jego dom w Detroit, dlatego delegacja dwóch naszych ludzi poleci tam i sprawdzi
dom. Tom - powiedziała, pokazując dłonią na kamerzystę. - Ty także musisz
polecieć z nimi. Będziesz musiał wszystko udokumentować.
- To był twój pomysł, pani kapitan - rzucił nagle Robert,
mężczyzna, który siedział z nią w pokoju przesłuchań. - Może pani powinna
polecieć, Peter zajmie się pani obowiązkami na czas pani nieobecności -
spojrzał na najstarszego z nich porucznika, który siedział z rozpiętą koszulą i
uśmiechał się nonszalancko. - A ja mogę zgłosić się na ochotnika, aby pani
towarzyszyć.
Mary uniosła wysoko brwi do góry, a policzki pokryły jej się
rumieńcami.
- Nie mogę zostawić Constance samej - odparła szybko,
powracając do swojej dawnej formy.
- Pojedzie z nami. Wydaje mi się, że ucieczka stąd bardzo
dobrze jej zrobi i będzie z nami.
Wszyscy zgodzili się na pomysł Roberta. Choć Mary była wyższa
rangą, wiedziała, że nic z tym nie zrobi. Grupa wybrała, a ona sama wiedziała,
że skoro był to jej pomysł, trudno będzie nie zabrać w nim udziału. Wszystko
zostało postanowione. Wyruszają do Detroit.