środa, 26 lutego 2014

004. Pięć sekund jasności

Słońce zaszło za horyzont, ustępując miejsca mrokowi. Pochłonął on wszystko, nie zostawiając nawet maleńkiej, jasnej plamki. Na niebie nie było widać gwiazd ani srebrnej tarczy księżyca. Szliśmy po ciemku, powoli, uważając, aby przypadkiem o coś się nie potknąć. Lamp ulicznych nie było prawie w ogóle, a jeśli były, świeciły bardzo lichym światłem. Przez całą drogę do domu trzymałam Jacka za rękę, nie pozwalając mu jej wyciągnąć z mojego uścisku.
- Przez cały wieczór prawie w ogóle się nie odzywałaś - powiedział nagle. Byłam wręcz pewna, że mi się przygląda. - To nie podobne do ciebie.
- Przepraszam - odpowiedziałam. Wiedziałam, że oczekiwał wyjaśnień, jakichkolwiek. Przez krótką chwilę zastanawiałam się, czy w ogóle poruszać ten temat.
- Wydawało mi się dzisiaj, że widziałam jednego z mężczyzn, którzy byli wczoraj w tartaku - rzekłam cicho, niemal szeptem. Nie byłam pewna, czy mnie usłyszał.
Zatrzymał się.
- Co ty wygadujesz? - spytał. Po tonie jego głosu mogłam wywnioskować, że się zdenerwował. - Nie, przestań. Na pewno ci się tylko wydawało. Było ciemno, nie mogłaś przecież zobaczyć ich twarzy.
- Nie widziałam - znów ruszyłam przed siebie, puszczając jego rękę i wkładając swoje do kieszeni spodni. - Ale zapamiętałam wyraziste kości twarzy i długi warkocz.
Jack parsknął śmiechem. Nie uwierzył mi, a przynajmniej nie chciał. Nie dziwiłam mu się. Sama wolałabym z chęcią o tym zapomnieć i nigdy więcej nie wracać do tamtej nocy. Przeszliśmy prze furtkę i weszliśmy na podwórko.
- Przywitam się z twoimi rodzicami - powiedział, otwierając frontowe drzwi. Szybkim ruchem zamknęłam je z powrotem i zaczęłam przyglądać się jego twarzy.
- A co jeśli zrobiliśmy źle, nie mówiąc nikomu o tym, co tam się wydarzyło? W tartaku?
Teraz, gdy światło sprzed domu oświetlało nasze twarze, mogłam zobaczyć jego reakcję. Sam się nad tym zastanawiał, ale nie odpowiedział na moje pytanie. Otworzył delikatnie drzwi i wepchnął mnie do środka.
Coś było nie tak. Narzędzia robotników w kuchni wciąż leżały, a miało ich przecież już dawno nie być. Paliły się tylko neonówki na suficie w salonie i na schodach. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów w domu rozbrzmiewała jakakolwiek muzyka. Cichutka, jazzowa melodia. Moja ulubiona.
- Gdzie są twoi rodzice? - spytał Jack.
- Dobre pytanie - odpowiedziałam, rozglądając się dookoła.
Gdyby nie to, że właśnie skończył się kolejny utwór, nie usłyszałabym cichutkiego jęknięcia dochodzącego z góry. Zdjęłam buty i jak najciszej starałam się wejść na górze. Było tam jeszcze ciemniej, niż na dole. Nie widziałam nic oprócz kontur drzwi. Nagle zapaliły się wszystkie światła. Było tak jasno i biało, że na chwilę musiałam przymknąć powieki, gdyż moje oczy nie były przyzwyczajone do takiej jasności. Widok, który ujrzałam po otworzeniu oczu, przeraził mnie do szpiku kości. Zaczęłam krzyczeć. Jack od razu wbiegł na górę, wołając przy tym moje imię.
Mój tata leżał przy ścianie, wykrwawiony. Prawdopodobnie nie żył już od dobrych dwóch godzin. Jego oczodoły były puste, usta zaszyte grubą nicą, ręce miał związane wraz z nogami. Miał podcięte żyły w łydkach. Ktoś, kto to zrobił, wiedział dokładnie, gdzie musi włożyć nóż. Jego śmierć była szybka, przynajmniej miałam taką nadzieję. Upadłam przy nim, wpadając w zaschniętą już prawie kałużę krwi. Od momentu samobójstwa Boba nie przypominam sobie, abym tak bardzo płakała. Byłam wstrząśnięta. Poczułam dłonie Jacka na swoich ramionach. Podniósł mnie powoli, stawiając na ziemi i przytrzymując, abym nie upadła.
Światło znów zgasło. Nie wiedziałam, co się dzieje. Okropnie się trzęsłam i nie potrafiłam powstrzymać łkania. Usłyszałam czyjeś kroki na schodach. Jack chwycił mnie mocniej i poprowadził do przodu jak najdalej tych odgłosów. Wydawał się być nadzwyczaj opanowany. Wyszeptał mi do ucha, że obojętnie co się stanie, mam się nie ruszać z miejsca. Pięć sekund jasności. Jack pchnął mnie na ścianę i wybiegł przed siebie. Gdy zrobiło się znów ciemno mogłam tylko polegać na swoich uszach. Miałam perfekcyjny słuch, jednak teraz mnie zawodził. Z każdą chwilą coraz mniej słyszałam, ciało stawało się nieposłuszne. Nie potrafiłam oddychać. Znów zaczęłam płakać. Kolejne pięć sekund jasności i strzał. Głuchy strzał, który odbijał się echem w moich uszach. Sytuacja wyglądała podobnie jak ta wczorajsza w tartaku. Jack upadł na ziemię, uderzając głową o posadzkę. Słychać było dziwny dźwięk łamiącej się kości.
- Nie! - krzyknęłam, podrywając się z podłogi. Na oślep pobiegłam przed siebie, uderzając w kogoś z całej siły. Przez chwilę miotałam się, szarpałam i biłam, jednak wiedziałam, że robię to na próżno. Mężczyzna, który mnie trzymał, był ode mnie kilkanaście razy silniejszy. Poczułam ostry ból w klatce piersiowej. Igła, która została we mnie wepchnięta, mogła mieć nawet osiem centymetrów. Momentalnie poczułam się senna.
- Jack - wyszeptałam i zasnęłam, ściskając najpierw jego dłoń.

poniedziałek, 17 lutego 2014

003. Mężczyzna z warkoczem

Przybita do ściany wydawała się leżeć wygodnie na łóżku. Miała rozłożone ręce, nogi zwisające bezwładnie, głowę opartą o lewe ramię. Wyglądała jakby śniła. Jednak, gdyby przyjrzeć się bliżej, można by zauważyć kilka niuansów. Krew ściekającą po jej chudych rękach i ciele, czoło spocone od tortur i wysokiej temperatury pomieszczenia. Płytki i nierównomierny oddech, lekko otwarte powieki, wciąż czuwające. Connie od kilku dni była przetrzymywana w piwnicy starego domu, który musiał być gdzieś niedaleko bagna. Constance odwróciła głowę w stronę metalowych drzwi, gdy tylko usłyszała dźwięk ich otwierania. Znów przyszedł, nie pozwalając jej nawet wypocząć. Tym razem w dłoniach trzymał tylko sznur i maleńki scyzoryk. W jej oku wezbrała się łza, która spłynęła powoli po jej policzku, mieszając się z potem i brudem, który na sobie nosiła. Mężczyzna podszedł bliżej, wchodząc w snop światła i ukazując jej kolejny raz swoją twarz. Brązowy warkocz kończył się na jego ramieniu, duże, popękane usta wykrzywiły się w złowrogim uśmiechu, a czarne jak węgiel oczy robiły z niego jeszcze większego potwora. Chwycił jej podbródek i uniósł lekko twarz. Zrobił to niewiarygodnie delikatnie, co było wręcz abstrakcyjne w porównaniu do jego poprzednich poczynań. Spojrzał jej prosto w oczy i wyszeptał cicho: "Miałaś zapomnieć".
Obudziłam się z krzykiem. Usiadłam na łóżku i włożyłam twarz w dłonie. Przeczesałam palcami włosy i znów się położyłam. Westchnęłam ciężko i zamknęłam oczy. Nie potrafiłam jednak zasnąć. Nie wiem jak długo mogłam tak leżeć bez ruchu. Dwie, może trzy godziny. Raz otwierałam powieki, za chwilę znów je zamykałam, gdy czułam, że robią się coraz bardziej suche. Bałam się, że gdy znów zasnę, powrócę do tej zatęchłej piwnicy i mężczyzny z warkoczem. Jednej nocy ten sam sen śnił mi się trzy razy. Trzy razy przechodziłam przez wszystkie tortury, przez jego wszystkie gry. Trzy razy widziałam jego twarz i słyszałam niski głos. Trzy razy budziłam się z krzykiem . 
- Cholerna lodówka! - usłyszałam rankiem, gdy zeszłam na dół. Mama siedziała przy barku, popijając mlekiem bułkę z miodem, w ogóle nie przejmując się zepsutą lodówką. Ojciec wisiał na drzwiczkach lodówki i klął pod nosem. Zawiązałam sznurek z szlafroka i usiadłam obok mamy. Spojrzała na mnie badawczo, jednak o nic nie pytała. Szybko odwróciła wzrok i zajęła się dokańczaniem śniadania. Przyzwyczaiłam się do braku zainteresowania rodziców moją osobą. Tak było nawet lepiej. Nigdy nie musiałam się z niczego spowiadać ani tłumaczyć.
- Znów musimy zadzwonić po ekipę naprawczą - powiedział tata, zamykając lodówkę i podchodząc do barku.
- Znasz numer Andy - odpowiedziała szybko mama, spoglądając na niego spode łba. Wstała i bez słowa wyszła do sypialni. Słyszałam, jak tata cicho westchnął. Przetarł ręką kilka razy czoło i chwycił za telefon. Musnął moje ramie i wyszedł na taras. Odwróciłam głowę i patrzyłam, jak znika mi z pola widzenia. Po chwili zdałam sobie sprawę, że wcale nie jestem głodna. Zeszłam na dół tylko po to, aby nie być sama, żeby chociaż z nimi posiedzieć, nie musieliśmy rozmawiać. Jednak jak zawsze każdy udał się do swojego kącika, bezpiecznego azylu w tym wielkim i pustym domu. Kolejny kawałek mnie się oderwał, podryfował do czarnej dziury. Czułam się mniejsza i bardziej samotna niż zwykle. Marzyłam teraz tylko o tym, aby jak najszybciej wydostać się z tych trujących czterech ścian.
Stałam na schodach i czekając na przyjście Jacka, obserwowałam mechaników. Rośli mężczyźni szybko uwijali się z pracą. Dwóch kolejnych weszło z jakimś dużym pudełkiem. Za nimi szedł prawdopodobnie kierownik. Miał ubrane zwykłe jeansy, koszulkę z Jankesów i czapkę, spod której wystawał jego długi warkocz. Warkocz. Długi warkocz. Wybałuszyłam szeroko oczy, jakbym się czymś zakrztusiła.
- Przepraszam, jak długo jeszcze panom to zajmie? - rzuciłam pod pretekstem, aby zobaczyć jego twarz. Wiem, że nigdy bym jej nie zapomniała. Mężczyzna z warkoczem jako pierwszy wybiegł za nami, był najbliżej mnie. Bez problemu mogłam ujrzeć kontury jego twarzy.
Zamarłam.
- Proszę nam dać jeszcze godzinę.
Miał zimne oczy, bez wyrazu. Teraz dopiero zauważyłam, że nie są one czarne jak węgiel, a błękitne jak letnie niebo. Koligowało to z moim wcześniejszym wyobrażeniem. Czarne oczy lepiej wyglądały w mojej głowie z profilem mordercy, niżeli błękitne. Chociaż takie piękne, były puste. Wrogie.
- Oczywiście - powiedziałam, jąkając się. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę wejściowych drzwi. Starałam się iść wolno, jednak nie potrafiłam zapanować nad nogami. Bałam się, że nagle mnie zatrzyma i rozpozna we mnie dziewczynę z tartaku. A co jeśli już to zrobił?
Otworzyłam drzwi i wpadłam na Jacka. Uśmiechał się szeroko, a w ręku trzymał bukiet tulipanów.
- Stało się coś? - spytał nagle, widząc wyraz mojej twarzy.
- Mamy zepsutą lodówkę. W domu jest pełno elektryków i nie damy rady niczego dzisiaj ugotować - odpowiedziałam wymijająco, wysilając się na szczery uśmiech. - Może pójdziemy zjeść na mieście? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Dla ciebie wszystko - powiedział, całując mój policzek. Odłożył kwiatki na murek i chwycił mnie za spoconą dłoń.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

002. Bluzka

Biegłam ile sił, nie odwracając się za siebie. Chociaż był koniec lata, noce były już naprawdę chłodne. Bez bluzki miałam dreszcze. Obróciłam się za siebie. Ujrzałam dwóch mężczyzn wybiegających z bocznych drzwi tartaku. W rękach trzymali bronie, skierowane w nasze strony. Przyspieszyłam, starając się dogonić Jacka, który wbiegał już po schodach do starego domu. Nagle poczułam dziwny skurcz w klatce piersiowej.  Coraz trudniej było mi złapać oddech.
- Ludzie, gdzie wyście poszli?! - usłyszałam głos Aarona.
Nikt za nami już nie biegł, byliśmy bezpieczni. Upadłam na ziemię, tracąc kontrolę nad swoim ciałem. Trzęsłam się ze strachu i zimna. Jack podbiegł do mnie i objął mocno. Zdjął swoją bluzkę i założył na mnie.
- Wszystko okej? - spytał Aaron, podchodząc do nas bliżej. Spojrzałam na Jacka. Gryzł się, jaką powinien podać odpowiedź.
- Wszystko dobrze, wracaj na imprezę. Odprowadzę Connie do domu, trochę źle się poczuła.
Chłopak uśmiechnął się do nas i odwrócił na pięcie. Położyłam twarz na klatce Jacka i oddychałam głęboko. Ustabilizował mi się oddech i tętno. Jeszcze przez chwilę tak siedzieliśmy, nic nie mówiąc.
- Najlepiej będzie, jeśli nikomu nic o tym nie będziemy mówić.
Podniosłam wzrok, zaskoczona.
- Jack, widziałeś śmierć mężczyzny i ciało zamordowanej kobiety. Jak możemy siedzieć cicho?! Przecież oni znowu mogą kogoś zabić.
- Tak, mogą zabić nas, jeśli tylko dowiedzą się, kim jesteśmy i kto na nich naniósł. Najlepiej się nie wtrącać. To pewnie jakaś mafia, a do takich nie warto podskakiwać. Nie chcę, żeby coś ci się stało.
Ujął moją twarz w dłonie i pocałował czubek nosa. Uśmiechnęłam się delikatnie i wstaliśmy.
 Wciąż momentami przechodziły mnie dreszcze. Rozglądałam się dookoła, aby mieć pewność, że nikt nas nie śledzi. Trzymaliśmy się za ręce ani na chwilę nie puszczając. Gdy doszliśmy do mojego domu, pocałowaliśmy się delikatnie na pożegnanie.
- Uważaj na siebie - wyszeptałam, lekko dotykając wargami jego ucha. On tylko zachichotał, jak to miał w zwyczaju. Często to robił, nawet, gdy nie powinien.
- Przyjdę jutro. Ugotujemy coś razem.
- Kocham cię - raz jeszcze mocno się do niego przytuliłam. Widziałam, jak niespiesznie odchodzi, machając mi przez cały czas. Dopiero po chwili, gdy zniknął mi z pola widzenia, przypomniałam sobie, że mam ubraną jego bluzkę. Uśmiechnęłam się sama do siebie i zaczęłam wdychać jej zapach. Zapach Jacka. Zanim weszłam do domu, znów rozejrzałam się dokoła. Miałam dziwne przeczucie, że to nie był ostatni raz, kiedy widziałam tych mężczyzn. Mężczyznę z warkoczem.

czwartek, 28 listopada 2013

001. Tartak

Stałam przed lustrem, wpatrując się w swoje odbicie.  Założyłam kosmyk włosów za ucho i wyszłam z pokoju. Po cichu zeszłam na dół, starając się nawet nie oddychać. Rodzice siedzieli w jadalni, dyskutując nad polityką. Zawsze to robili. Był to chyba jedyny temat, przy którym nie dochodziło do sporów i kłótni. Założyłam buty i otworzyłam delikatnie drzwi, gdy nagle usłyszałam za sobą szmer i czyjś oddech na moich plecach. Odwróciłam się gwałtownie. Ojciec stał nade mną i wpatrywał się zabójczym wzrokiem. Mimowolnie odsunęłam się od niego, robiąc krzywą minę.
- Wychodzę - rzuciłam, wciąż się cofając. Nic nie powiedział, wciąż stał. Kiedyś jeszcze jakoś reagował, teraz nawet nie mrugał oczami. Po śmierci mojego brata w domu wszystko się zmieniło. Nic nie miało większego znaczenia. Egzystowaliśmy, balansowaliśmy na skraju życia. Żyliśmy na świecie, ale nie dla świata. Oddaliliśmy się od siebie. Każdy z nas wpadł w wir własnego, zamkniętego na klucz otoczenia. Staliśmy się sobie obcy, choć niegdyś tak bardzo się kochaliśmy. Wypełniała mnie pustka. Nie czułam nic, bo tak było łatwiej, prościej.
Zamknęłam za sobą gwałtownie drzwi i szybkim krokiem udałam się na imprezę do starego domu. Włożyłam dłonie do kieszeni, gdzie leżała ukryta mała saszetka z białym proszkiem. Uśmiechnęłam się pod nosem, dotykając ją i miażdżąc. Słońce zaszło już za horyzont, pozostawiając świat bez koloru. Lampy uliczne świeciły słabo, jednak można było  ujrzeć drogę i przeszkody, które na niej leżały. Skręciłam w leśną uliczkę. Z oddali widziałam już kontury domu. Wbiegłam po schodach na górę do głównych drzwi. Przy wejściu stał Mick, uśmiechając się do mnie promiennie. Znaliśmy się od bardzo dawna, chyba nawet od przedszkola. Wyciągnęłam z kieszeni woreczek i położyłam go na jego otwartej dłoni. On otworzył mi drzwi i klepnął w udo. Wiedział, jak tego nienawidzę. W środku mój wzrok szukał jednej twarzy, tej, na którą tak bardzo czekałam. Jack. Tylko przy nim czułam się inaczej. Czułam cokolwiek i to się liczyło.
Tłum stawał się coraz liczniejszy, a ja wciąć nie umiałam znaleźć Jacka. Nagle ktoś mocno chwycił mnie od tyłu i przytulił.
- Spóźniłaś się - wyszeptał mi do ucha. - Znowu - dodał dobitnie, odwracając mnie do siebie. Chwycił moje ręce i pocałował w czoło. Uśmiechnęłam się szeroko i mocno do niego przytuliłam. Gdy stałam tak w jego ramionach, muzyka, która rozbrzmiewała dookoła, przestała do mnie docierać. Zaczęłam wdychać jego perfumy, które działały na mnie jak narkotyk.
- Chodź - powiedziałam, ciągnąc go za sobą. Wyszliśmy na taras. Ujęłam jego twarz w dłonie i spojrzałam w głębokie, zielone oczy. Tarcza księżyca odbijała się w nich jak od jeziora. Położył swoje dłonie na moich biodrach i przyciągnął do siebie.
- Kocham Cię - powiedział, wpatrując się we mnie uważnie. Za każdym razem, gdy wypowiadał te słowa, czułam dziwne mrowienie w żołądku. Pocałowałam delikatnie jego usta, jakby bojąc się, że mogłabym go skrzywdzić.
- Jestem już gotowa - wyrwałam, wstrzymując oddech. On tylko się zaśmiał i znów mnie pocałował.
- Nareszcie!
Ja także się zaśmiałam. Nie wiedziałam, że aż tak bardzo zależało mu, aby się ze mną scalić. Byliśmy ze sobą od ponad dwóch lat, a on nigdy o tym nie wspominał. Nie chciał być nachalny, ale widziałam, że naprawdę sprawiło mu to radość. Nagle jego mina zrzedła. Zaczął rozglądać się dookoła, zdenerwowany.
- Co się dzieje? - spytałam, podchodząc do niego. Położyłam rękę na jego ramieniu i starałam się go zatrzymać, aby nie chodził po tarasie jak oszalały.
- Przecież nie mogę Cię tu zacząć rozbierać - powiedział przez zęby, wkładając dłonie do kieszeni spodni. Wyglądał co najmniej zabawnie. Jak małe dziecko, któremu odebrało się lizaka lub co gorsza, przyjemność z jego spożywania.
Westchnęłam. Po chwili jednak przypomniałam sobie o starym tartaku niedaleko domu. Klasnęłam w dłonie i nieśpiesznie udałam się w tamtym kierunku. Jack nie wiedział, o co chodzi. Potrząsnął głową i poszedł za mną, zdezorientowany.
- Gdzie idziemy? - spytał, chyba wciąż się nie domyślając. Odwróciłam głowę w jego stronę i uniosłam brwi.
- A, rozumiem - zachichotał, chwytając moją rękę.
Już po chwili znaleźliśmy się w tartaku. Jack nie próżnował. Od razu zdjął ze mnie bluzkę i przyparł mnie mocno do ściany. Najpierw zaczął całować moją szyję, później zjeżdżał niżej i niżej. Gdy zaczął rozpinać moje spodnie, usłyszeliśmy huk. Oboje podskoczyliśmy, wystraszeni. Podeszliśmy do barierki, z której widać było cały plac. Na środku stało trzech mężczyzn. Rozmawiali ze sobą głośno, jednak nie na tyle, abyśmy usłyszeli i zrozumieli sens ich wypowiedzi. Po chwili pojawił się czwarty mężczyzna, ciągnąć za sobą za włosy kobietę. Była prawdopodobnie martwa. Jej ciało pokryte było we krwi. Nie wydawała z siebie żadnych oznak życia. Nie krzyczała, nie kopała, nie błagała o litość. Mężczyzna puścił jej włosy, a głowa uderzyła o ziemię, robiąc przy tym okropny hałas. Echo rozeszło się po całej hali. Przez moment było cicho, słyszałam tylko bicie własnego serca. Spoglądałam na ciało martwej kobiety. Trzęsłam się niemiłosiernie. Jack wstał, ja jednak nie potrafiłam się ruszyć. Strach mnie sparaliżował.
- Musimy wiać - wyszeptał, chwytając mnie za łokcie i starając się podnieść. Na halę wprowadzono nową osobę. Był to mężczyzna. Miał związane ręce i nogi. Biedak nie mógł się ruszać, wił się tylko na ziemi jak robak.
- Proszę! - usłyszałam jego krzyk. Widziałam, że zaczął płakać. Jego lament, tak samo jak huk uderzającej głowy o ziemię, rozniósł się po całym tartaku. Łzy zaczęły zbierać się w moich oczach. W końcu wstałam, podchodząc bliżej barierek. Jack starał się mnie odciągnąć, jednak na próżno. Jak zahipnotyzowana stałam, wpatrując się w tą całą scenę.
Jeden z mężczyzn wyciągnął broń zza pazuchy i wycelował w głowę ofiary.
- Proszę! Nie! - błagał, spuszczając głowę.
Nie było słychać odpowiedzi ani nawet wyzwiska, tylko strzał. Głuchy strzał. Ciało mężczyzny opadło bezwładnie. Jęknęłam, zakrywając momentalnie usta dłońmi. Wstrzymałam oddech, ale wiedziałam, że już jest za późno. Zobaczyli nas. Wszyscy zwrócili głowy w naszą stronę.
- Chodź! - krzyknął Jack, biegnąć w stronę drzwi. Zrobiłam to samo, błagając Boga, aby nie potknąć się o własne stopy.

Prolog

Constance Flynn wciąż ubolewa po stracie brata. Nie zdążyła się dobrze otrząsnąć po jego samobójstwie, a wokół niej znów pojawia się śmierć, zabierając jej wszystko, co ma. Dziewczyna staje się świadkiem zbrodni, która na zawsze zostawia na niej piętno. Czy Connie uda się wrócić do normalnego życia? Czy przyzwyczai się do sytuacji, w której się znajduję? Czy znów będzie mogła coś czuć?