poniedziałek, 27 stycznia 2014

002. Bluzka

Biegłam ile sił, nie odwracając się za siebie. Chociaż był koniec lata, noce były już naprawdę chłodne. Bez bluzki miałam dreszcze. Obróciłam się za siebie. Ujrzałam dwóch mężczyzn wybiegających z bocznych drzwi tartaku. W rękach trzymali bronie, skierowane w nasze strony. Przyspieszyłam, starając się dogonić Jacka, który wbiegał już po schodach do starego domu. Nagle poczułam dziwny skurcz w klatce piersiowej.  Coraz trudniej było mi złapać oddech.
- Ludzie, gdzie wyście poszli?! - usłyszałam głos Aarona.
Nikt za nami już nie biegł, byliśmy bezpieczni. Upadłam na ziemię, tracąc kontrolę nad swoim ciałem. Trzęsłam się ze strachu i zimna. Jack podbiegł do mnie i objął mocno. Zdjął swoją bluzkę i założył na mnie.
- Wszystko okej? - spytał Aaron, podchodząc do nas bliżej. Spojrzałam na Jacka. Gryzł się, jaką powinien podać odpowiedź.
- Wszystko dobrze, wracaj na imprezę. Odprowadzę Connie do domu, trochę źle się poczuła.
Chłopak uśmiechnął się do nas i odwrócił na pięcie. Położyłam twarz na klatce Jacka i oddychałam głęboko. Ustabilizował mi się oddech i tętno. Jeszcze przez chwilę tak siedzieliśmy, nic nie mówiąc.
- Najlepiej będzie, jeśli nikomu nic o tym nie będziemy mówić.
Podniosłam wzrok, zaskoczona.
- Jack, widziałeś śmierć mężczyzny i ciało zamordowanej kobiety. Jak możemy siedzieć cicho?! Przecież oni znowu mogą kogoś zabić.
- Tak, mogą zabić nas, jeśli tylko dowiedzą się, kim jesteśmy i kto na nich naniósł. Najlepiej się nie wtrącać. To pewnie jakaś mafia, a do takich nie warto podskakiwać. Nie chcę, żeby coś ci się stało.
Ujął moją twarz w dłonie i pocałował czubek nosa. Uśmiechnęłam się delikatnie i wstaliśmy.
 Wciąż momentami przechodziły mnie dreszcze. Rozglądałam się dookoła, aby mieć pewność, że nikt nas nie śledzi. Trzymaliśmy się za ręce ani na chwilę nie puszczając. Gdy doszliśmy do mojego domu, pocałowaliśmy się delikatnie na pożegnanie.
- Uważaj na siebie - wyszeptałam, lekko dotykając wargami jego ucha. On tylko zachichotał, jak to miał w zwyczaju. Często to robił, nawet, gdy nie powinien.
- Przyjdę jutro. Ugotujemy coś razem.
- Kocham cię - raz jeszcze mocno się do niego przytuliłam. Widziałam, jak niespiesznie odchodzi, machając mi przez cały czas. Dopiero po chwili, gdy zniknął mi z pola widzenia, przypomniałam sobie, że mam ubraną jego bluzkę. Uśmiechnęłam się sama do siebie i zaczęłam wdychać jej zapach. Zapach Jacka. Zanim weszłam do domu, znów rozejrzałam się dokoła. Miałam dziwne przeczucie, że to nie był ostatni raz, kiedy widziałam tych mężczyzn. Mężczyznę z warkoczem.

1 komentarz: