Przybita do ściany
wydawała się leżeć wygodnie na łóżku. Miała rozłożone ręce, nogi zwisające
bezwładnie, głowę opartą o lewe ramię. Wyglądała jakby śniła. Jednak, gdyby
przyjrzeć się bliżej, można by zauważyć kilka niuansów. Krew ściekającą po jej
chudych rękach i ciele, czoło spocone od tortur i wysokiej temperatury pomieszczenia.
Płytki i nierównomierny oddech, lekko otwarte powieki, wciąż czuwające. Connie od
kilku dni była przetrzymywana w piwnicy starego domu, który musiał być gdzieś
niedaleko bagna. Constance odwróciła
głowę w stronę metalowych drzwi, gdy tylko usłyszała dźwięk ich otwierania. Znów
przyszedł, nie pozwalając jej nawet wypocząć. Tym razem w dłoniach trzymał tylko
sznur i maleńki scyzoryk. W jej oku wezbrała się łza, która spłynęła powoli po jej policzku, mieszając się z potem i brudem, który na sobie nosiła. Mężczyzna podszedł bliżej, wchodząc w snop
światła i ukazując jej kolejny raz swoją twarz. Brązowy warkocz kończył się na jego
ramieniu, duże, popękane usta wykrzywiły się w złowrogim uśmiechu, a czarne jak węgiel oczy robiły z
niego jeszcze większego potwora. Chwycił jej podbródek i uniósł lekko
twarz. Zrobił to niewiarygodnie delikatnie, co było wręcz abstrakcyjne w porównaniu do jego
poprzednich poczynań. Spojrzał jej prosto w oczy i wyszeptał cicho: "Miałaś zapomnieć".
Obudziłam się z krzykiem. Usiadłam na łóżku i włożyłam twarz
w dłonie. Przeczesałam palcami włosy i znów się położyłam. Westchnęłam ciężko i
zamknęłam oczy. Nie potrafiłam jednak zasnąć. Nie wiem jak długo mogłam tak
leżeć bez ruchu. Dwie, może trzy godziny. Raz otwierałam powieki, za chwilę
znów je zamykałam, gdy czułam, że robią się coraz bardziej suche. Bałam się, że
gdy znów zasnę, powrócę do tej zatęchłej piwnicy i mężczyzny z warkoczem. Jednej nocy ten sam sen śnił mi się trzy razy. Trzy razy przechodziłam przez wszystkie tortury, przez jego wszystkie gry. Trzy razy widziałam jego twarz i słyszałam niski głos. Trzy razy budziłam się z krzykiem .
- Cholerna lodówka! - usłyszałam rankiem, gdy zeszłam na dół. Mama siedziała przy barku, popijając mlekiem bułkę z miodem, w ogóle nie przejmując się zepsutą lodówką. Ojciec wisiał na drzwiczkach lodówki i klął pod nosem. Zawiązałam sznurek z szlafroka i usiadłam obok mamy. Spojrzała na mnie badawczo, jednak o nic nie pytała. Szybko odwróciła wzrok i zajęła się dokańczaniem śniadania. Przyzwyczaiłam się do braku zainteresowania rodziców moją osobą. Tak było nawet lepiej. Nigdy nie musiałam się z niczego spowiadać ani tłumaczyć.
- Znów musimy zadzwonić po ekipę naprawczą - powiedział tata, zamykając lodówkę i podchodząc do barku.
- Znasz numer Andy - odpowiedziała szybko mama, spoglądając na niego spode łba. Wstała i bez słowa wyszła do sypialni. Słyszałam, jak tata cicho westchnął. Przetarł ręką kilka razy czoło i chwycił za telefon. Musnął moje ramie i wyszedł na taras. Odwróciłam głowę i patrzyłam, jak znika mi z pola widzenia. Po chwili zdałam sobie sprawę, że wcale nie jestem głodna. Zeszłam na dół tylko po to, aby nie być sama, żeby chociaż z nimi posiedzieć, nie musieliśmy rozmawiać. Jednak jak zawsze każdy udał się do swojego kącika, bezpiecznego azylu w tym wielkim i pustym domu. Kolejny kawałek mnie się oderwał, podryfował do czarnej dziury. Czułam się mniejsza i bardziej samotna niż zwykle. Marzyłam teraz tylko o tym, aby jak najszybciej wydostać się z tych trujących czterech ścian.
Stałam na schodach i czekając na przyjście Jacka, obserwowałam mechaników. Rośli mężczyźni szybko uwijali się z pracą. Dwóch kolejnych weszło z jakimś dużym pudełkiem. Za nimi szedł prawdopodobnie kierownik. Miał ubrane zwykłe jeansy, koszulkę z Jankesów i czapkę, spod której wystawał jego długi warkocz. Warkocz. Długi warkocz. Wybałuszyłam szeroko oczy, jakbym się czymś zakrztusiła.
- Przepraszam, jak długo jeszcze panom to zajmie? - rzuciłam pod pretekstem, aby zobaczyć jego twarz. Wiem, że nigdy bym jej nie zapomniała. Mężczyzna z warkoczem jako pierwszy wybiegł za nami, był najbliżej mnie. Bez problemu mogłam ujrzeć kontury jego twarzy.
Zamarłam.
- Proszę nam dać jeszcze godzinę.
Miał zimne oczy, bez wyrazu. Teraz dopiero zauważyłam, że nie są one czarne jak węgiel, a błękitne jak letnie niebo. Koligowało to z moim wcześniejszym wyobrażeniem. Czarne oczy lepiej wyglądały w mojej głowie z profilem mordercy, niżeli błękitne. Chociaż takie piękne, były puste. Wrogie.
- Oczywiście - powiedziałam, jąkając się. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę wejściowych drzwi. Starałam się iść wolno, jednak nie potrafiłam zapanować nad nogami. Bałam się, że nagle mnie zatrzyma i rozpozna we mnie dziewczynę z tartaku. A co jeśli już to zrobił?
Otworzyłam drzwi i wpadłam na Jacka. Uśmiechał się szeroko, a w ręku trzymał bukiet tulipanów.
- Stało się coś? - spytał nagle, widząc wyraz mojej twarzy.
- Mamy zepsutą lodówkę. W domu jest pełno elektryków i nie damy rady niczego dzisiaj ugotować - odpowiedziałam wymijająco, wysilając się na szczery uśmiech. - Może pójdziemy zjeść na mieście? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Dla ciebie wszystko - powiedział, całując mój policzek. Odłożył kwiatki na murek i chwycił mnie za spoconą dłoń.
- Znów musimy zadzwonić po ekipę naprawczą - powiedział tata, zamykając lodówkę i podchodząc do barku.
- Znasz numer Andy - odpowiedziała szybko mama, spoglądając na niego spode łba. Wstała i bez słowa wyszła do sypialni. Słyszałam, jak tata cicho westchnął. Przetarł ręką kilka razy czoło i chwycił za telefon. Musnął moje ramie i wyszedł na taras. Odwróciłam głowę i patrzyłam, jak znika mi z pola widzenia. Po chwili zdałam sobie sprawę, że wcale nie jestem głodna. Zeszłam na dół tylko po to, aby nie być sama, żeby chociaż z nimi posiedzieć, nie musieliśmy rozmawiać. Jednak jak zawsze każdy udał się do swojego kącika, bezpiecznego azylu w tym wielkim i pustym domu. Kolejny kawałek mnie się oderwał, podryfował do czarnej dziury. Czułam się mniejsza i bardziej samotna niż zwykle. Marzyłam teraz tylko o tym, aby jak najszybciej wydostać się z tych trujących czterech ścian.
Stałam na schodach i czekając na przyjście Jacka, obserwowałam mechaników. Rośli mężczyźni szybko uwijali się z pracą. Dwóch kolejnych weszło z jakimś dużym pudełkiem. Za nimi szedł prawdopodobnie kierownik. Miał ubrane zwykłe jeansy, koszulkę z Jankesów i czapkę, spod której wystawał jego długi warkocz. Warkocz. Długi warkocz. Wybałuszyłam szeroko oczy, jakbym się czymś zakrztusiła.
- Przepraszam, jak długo jeszcze panom to zajmie? - rzuciłam pod pretekstem, aby zobaczyć jego twarz. Wiem, że nigdy bym jej nie zapomniała. Mężczyzna z warkoczem jako pierwszy wybiegł za nami, był najbliżej mnie. Bez problemu mogłam ujrzeć kontury jego twarzy.
Zamarłam.
- Proszę nam dać jeszcze godzinę.
Miał zimne oczy, bez wyrazu. Teraz dopiero zauważyłam, że nie są one czarne jak węgiel, a błękitne jak letnie niebo. Koligowało to z moim wcześniejszym wyobrażeniem. Czarne oczy lepiej wyglądały w mojej głowie z profilem mordercy, niżeli błękitne. Chociaż takie piękne, były puste. Wrogie.
- Oczywiście - powiedziałam, jąkając się. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę wejściowych drzwi. Starałam się iść wolno, jednak nie potrafiłam zapanować nad nogami. Bałam się, że nagle mnie zatrzyma i rozpozna we mnie dziewczynę z tartaku. A co jeśli już to zrobił?
Otworzyłam drzwi i wpadłam na Jacka. Uśmiechał się szeroko, a w ręku trzymał bukiet tulipanów.
- Stało się coś? - spytał nagle, widząc wyraz mojej twarzy.
- Mamy zepsutą lodówkę. W domu jest pełno elektryków i nie damy rady niczego dzisiaj ugotować - odpowiedziałam wymijająco, wysilając się na szczery uśmiech. - Może pójdziemy zjeść na mieście? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Dla ciebie wszystko - powiedział, całując mój policzek. Odłożył kwiatki na murek i chwycił mnie za spoconą dłoń.
najlepsza,kocham!<3
OdpowiedzUsuńOlka pisz więcej ;D
OdpowiedzUsuńUwielbiam <333
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawe.Twoja polonistka.
OdpowiedzUsuńcudowne, czekam na następny ! ;*
OdpowiedzUsuń